Przepraszam za pojawiające się reklamy!!!
   
  Strona o Domowym Kościele i nie tylko...
  Paschalny wymiar
 


 - referat Ireny Chłopkowskiej - XXIX Kongregacja Odpowiedzialnych

Wydaje się, że pierwszym stwierdzeniem w tym referacie powinno być to, że właściwie w Kościele nie można mówić o diakonii, która byłaby pozbawiona wymiaru paschalnego. Działania bowiem, które nie posiadają odniesienia do Tajemnicy Paschalnej, mogą mieć charakter humanitarnej dobroczynności, ale nie są diakonią w biblijnym i eklezjalnym znaczeniu tego pojęcia. Diakonia jest bowiem życiową funkcją Kościoła - wspólnoty, która zrodziła się właśnie z Tajemnicy Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa i Zesłania Ducha Świętego.

I podobnie jak o diakonii nie można mówić bez uwzględnienia jej odniesienia do Tajemnicy Paschalnej, tak nie można mówić bez odniesienia do tej Tajemnicy o słudze Bożym ks. Franciszku Blachnickim. Ta Tajemnica przenikała całe jego życie, nadawała mu dynamizm wiary i miłości, i wszędzie - nawet jeśli nie całkiem wprost - jest obecna: we wszystkich jego zapiskach osobistych, w homiliach i konferencjach, w dziełach, jakie podejmował.

Ten wymiar życia Założyciela naszego Ruchu nie jest nam z pewnością obcy - o ile tylko próbowaliśmy je choć trochę poznać. Trudno zatem spodziewać się w tym referacie nowych faktów. Podejmę jednak próbę zarysowania kilku elementów ważnych, jak się wydaje, dla paschalnego przeżywania chrześcijaństwa i podejmowania diakonii, jakie można odnaleźć w życiu i umieraniu Ojca Franciszka.

Nie będziemy mówić o tym, co czynił, jakie diakonie podejmował, ale o tym, jak czynił, w jakiej postawie podejmował tak liczne przecież i szeroko zakrojone dzieła. Zawsze bowiem towarzyszyła mu świadomość, że to, co się robi, jest w gruncie rzeczy sprawą nieistotną i drugorzędną. Sprawą natomiast istotną i pierwszorzędną jest, abyśmy realizowali ideał bezgranicznego oddania. Zanim zaczął przekazywać tę prawdę innym, sam odkrył i przeżył to, że celem życia człowieka jest oddanie swojego życia - dla Boga i dla innych i że życie dla siebie jest niewolą, uwięzieniem w sobie.

W oparciu o lekturę zapisków dotyczących życia wewnętrznego ks. F. Blachnickiego można powiedzieć, że paschalny wymiar jego diakonii jest zakorzeniony w jego osobistym doświadczeniu, że Misterium Paschalne Jezusa Chrystusa dotyczy konkretnego człowieka, że dotyczy jego życia - jego pragnień i dążeń, decyzji i czynów, które bez śmierci i zmartwychwstania Jezusa nie tylko nie były dobre (choć za takie mogły być uważane) - jako własne, pełnione z siebie i dla siebie, ale sprowadzały na bezdroża poszukiwania siebie, a nie Boga i Jego woli.

Poznanie prawdy o swojej grzeszności

Nawrócenie i otrzymany dar wiary wyzwoliły w F. Blachnickim podstawową decyzję oddania swego życia Bogu w kapłaństwie. Z własnych wspomnień, ze świadectw znających go osób, a także z jego zapisków i wypowiedzi wiemy, że drogę przygotowania do kapłaństwa i samo kapłaństwo realizował bardzo dynamicznie - od początku angażując się w inicjatywy związane z odnową życia chrześcijańskiego lub sam je inspirując.

Jego - jak sam to określa - spojrzenia w świetle łaski na siebie samego i na swoje motywacje sprawiły jednak, że nie zatrzymał się na tym, co zewnętrzne, co było dostrzegane i uznawane przez innych i co mogłoby mu przynosić satysfakcję.

Przyglądając się sobie - w świetle łaski - odkrył w sobie rzeczywistość, która jest w każdym człowieku, jednak często skrzętnie ukrywana, tak że wielu z nas wydaje się, że dotyczy ona wszystkich innych, ale jakoś właśnie nie nas.

Chodzi o rzeczywistość grzechu, którego istotę wyraża pragnienie i dążenie do tego, by być jak Bóg i by być w swoim życiu, działaniu, nawet w podejmowanych diakoniach, niezależnym od Boga. Wśród zapisków ks. Blachnickiego znajdujemy takie wyznanie:Stwierdzam, że w substancji mojej duszy jestem ciągle oparty na sobie, żyję życiem suwerennym, mam swoje nadzieje, swoje przywiązania, swoją wolę, swoje decyzje, jestem «wiedzący dobre i złe», sam decyduję o tym co dobre i złe bez ontologicznego odniesienia do żadnej obiektywnej normy, zasady, rzeczywistości.

Zaczynam odczuwać, przeżywać, na czym polega sama najbardziej wewnętrzna istota grzechu - właśnie na tym, że ja siebie czynię normą dobra i zła, że ja decyduję (...) dlatego tylko, że ja chcę - to samo już wystarczy za motyw działania, nie odczuwam w głębi swego ja zależności od obiektywnej normy dobra i zła, która jest poza mną, którą jest Bóg!

Zaczynam przeczuwać niesłychaną głębię i prawdziwość biblijnego opisu upadku człowieka, zaczynam pojmować dogłębny sens słów Boga, wypowiedzianych po grzechu pierwszych ludzi: «Oto Adam stał się jako jeden z nas: wiedzący dobro i zło» [por. Rdz 3,22].Ks. Blachnicki bardzo mocno doświadczał, że skażenie tego grzechu przenika wszystkie jego czyny i że nie potrafi nic czynić z czystej miłości do Boga. Że jego najgłębsze ja jest przywiązane do tej pokusy bycia jak Bóg żywiołową, wprost niesamowitą siłą. Zaczynał też pojmować, jak straszliwie trudną, wręcz niemożliwą rzeczą jest zrezygnować naprawdę ze swej woli i spełniać wolę Bożą. Pisał też: jeżeli zewnętrznie moja wola pokrywała się z wolą Bożą, to formalnie motywem mego działania była moja własna wola, najtajniejszą sprężyną mego działania było to straszliwe, suwerenne, samoubóstwione "ja".

Zapiski o tym pojawiają się na początku jego duchowej drogi, wracają przez wszystkie lata i w końcu pojawiają się nawet przy końcu życia w Testamencie, gdzie ks. Blachnicki pisze:Wszystkie decyzje były podejmowane w motywacji wiary. Wiarę przy tym zawsze pojmowałem jako decyzję osoby, polegającą na oddaniu siebie, i moje zaangażowanie - przynajmniej na płaszczyźnie intencji - było niepodzielne.

Równocześnie jednak zawsze towarzyszyła mi (i towarzyszy) świadomość, że moja służba wiary nie jest czysta, że jest skażona w moim wnętrzu pychą, odniesieniem do siebie, pragnieniem bycia i posiadania dla siebie. Nigdy właściwie nie spełniłem jeszcze aktu, który w oczach Boga byłby czysty, który byłby wyrazem bezinteresownej miłości.

Ale zawsze trwała we mnie świadomość tej niedoskonałości i pragnienie wewnętrznego oczyszczenia.Ks. F. Blachnicki wiedział, doświadczał tego, że nie jest w stanie sam z siebie przyjąć takiej bolesnej prawdy o sobie - każde jej doświadczenie i uznanie przyjmował zatem jako daną mu łaskę.

Miał też jasną świadomość, że nie potrafi o własnych siłach przezwyciężyć tej żywiołowej, zakorzenionej w nim - jako starym człowieku - dążności do życia niezależnego od Boga.

Jedynym wyjściem było odniesienie do Tego, który "nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem", który przyjął postać Sługi, żeby wykonać wolę Ojca - we wszystkim i do końca, aż do śmierci krzyżowej (por. Flp 2,6-7) - aby człowieka wyzwolić od tego "przymusu" dążenia do bycia jak Bóg we wszystkim, co myśli, decyduje, działa.

Poznanie miłości Boga w Jezusie Chrystusie

Bolesną prawdę o swoim grzechu ks. F. Blachnicki mógł przyjmować tylko dzięki świadomości tego, że jest kochany przez Boga tą miłością, która objawiła się w śmierci krzyżowej Chrystusa:Z jednej strony zniesienie prawdy o sobie wydaje mi się niemożliwe - z drugiej strony zaczynam przeczuwać, jakie cudowne rozwiązanie dylematu znalazł Bóg! Możliwe jest zniesienie siebie w miłości Chrystusa Zbawiciela! Przez uczestniczenie w tym znoszeniu mnie przez Chrystusa Zbawiciela, dzięki któremu zostałem odkupiony. Rozwiązanie dylematu jest dane w Krzyżu Chrystusa!

Uświadamiał też sobie, że nie może poznać głębi tej miłości bez poznania głębi swego grzechu, dlatego nie skrywał swoich grzechów - przed sobą ani przed Bogiem - opisywał przeżycia swojej straszliwiej nędzy, skażenia i upadku i zawsze odnosił się w nich do Tego, który go z tej nędzy może wybawić - wiedział bowiem, że przepaść jego grzechu jest tylko tłem kontrastowym dla poznania przepaści miłości zbawczej Chrystusa!

Idąc dalej w swoich rozważaniach odkrył, że właśnie tylko przyjęcie daru tej miłości i przebaczenia może w nim wyzwolić pragnienie całkowitego życia dla Chrystusa, w zjednoczeniu z Nim:Im większy grzech - tym większą wyzwala miłość Chrystusa Zbawcy! (...) Kiedy przyjdzie ta chwila, że na tle głębi przepastnej mego skażenia poznam ogrom przebaczającej i zbawiającej miłości Chrystusa, wtedy życie moje będzie mogło być tylko jedną całopalną ofiarą dla Chrystusa, wtedy porwie mnie i strawi żywiołowe pragnienie wyniszczenia się dla Chrystusa, zjednoczenie się z Nim w opuszczeniu i upokorzeniu Krzyża!

Później powie: miłość agape, miłość nowa, miłość bezinteresowna (...) ma swój wzór w krzyżu Chrystusa i (...) zawsze jest wyzwalana jako odpowiedź człowieka na miłość Chrystusa objawioną na krzyżu.

O łaskę poznawania tej miłości prosił często, całe jego życie wiary było wołaniem o taką miłość, wypływającym z ciągle świeżej i na nowo uświadamianej sobie potrzeby poznania Jezusa i pragnienia miłowania - na co wskazują również ostatnie zapiski w Pamiętniku. 6 stycznia 1985 roku pod wpływem lektury autobiografii Matki Bazylei Schlink ks. Blachnicki napisał: Jedną szczególnie rzecz zrozumiałem dzięki jej doświadczeniu: że droga do umiłowania Jezusa prowadzi tylko przez poznanie swoich grzechów i żal za nie w obliczu przebaczającej miłości Jezusa, który gładzi moje grzechy! Wtedy tylko mogę egzystencjalnie umiłować Jezusa mojego Zbawiciela i Oblubieńca.

To zrozumienie jest pierwszą odpowiedzią na mój krzyk rozpaczliwy o kroplę miłości! Krzyk, który w gruncie rzeczy trwa już 42 lata - i od czasu do czasu staje się wołaniem w ciemnej nocy wśród głośnego płaczu i na krawędzi rozpaczy!Pragnął ciągle poznawać Miłość, aby móc miłować, aby odpowiedzieć na Miłość.

Odkrycie potrzeby umierania

Droga za Chrystusem i z Chrystusem w Jego Krzyżu była dla ks. Blachnickiego jasna od początku: jako droga oczyszczenia i urzeczywistnienia się jego miłości.

Zawał sobie sprawę, że istnieje jedna droga wyzwolenia od siebie - droga umierania:Zrezygnować z tej postawy polegającej na uczynieniu siebie bogiem - to znaczy umrzeć. (...) Zdaję sobie sprawę z tego, że muszę umrzeć i że jest to zadanie ponad moje siły, ponad wszelkie ludzkie siły. Ale nie ponad siły Zbawiciela Wszechmocnego, Miłości wszechmocnej!

To właśnie w oparciu o swoje wewnętrzne doświadczenie zmagania się ze starym człowiekiem w sobie - o którym tak często pisze w swoim Pamiętniku -powie później w kontekście szeroko pojętej diakonii jedności, że:trzeba zniszczyć grzech w sercu człowieka, to znaczy, mówiąc językiem świętego Pawła, musi umrzeć w człowieku stary człowiek. Póki w człowieku będzie ta tendencja, żeby być jako Bóg, żeby się wywyższać nad innych, dopóty zawsze jedność będzie zagrożona. To zagrożenie ma swoje źródło w nas, w każdym z nas, w każdym człowieku. Jedynie krzyż usuwa tę przyczynę, niszczy grzech, krzyż, który pokazuje każdemu człowiekowi drogę przez śmierć do zmartwychwstania. Trzeba umrzeć sobie, umrzeć dla swego egoizmu, dla swojej pychy, umrzeć dla grzechu. Musi umrzeć stary człowiek i w miarę jak dokonuje się to umieranie, wyzwala się w nas nowy człowiek, którego prawem życia jest miłość - agape, miłość bezinteresowna, miłość, która uzdalnia do służby bezinteresownej, do dawania siebie, do czynienia ofiary z siebie dla dobra drugiego człowieka.

Z krzyża wychodzi ta moc. Z krzyża wychodzi ta bezinteresowna miłość, która wyraża się w oddaniu siebie dla dobra innych, z miłości.

Było też oczywistym dla ks. Blachnickiego, że umieranie starego człowieka i kształtowanie się nowego człowieka w nim jest organicznym procesem - długotrwałym i zaplanowanym przez Boga, nad którym on nie miał władzy w tym sensie, żeby decydować o jego kolejnych etapach czy stosowanych środkach:Ja nie mogę ogarnąć wzrokiem całego procesu odrodzenia. Nie wiem, na jak długo jest zakrojony (...). Muszę ufać, że Bóg prowadzi, kieruje tym procesem, ale nie mogę Mu wyznaczać żadnych etapów i terminów. Czeka mnie 40 lat wędrówki uciążliwej po pustyni, aż umrze ze wszystkim stary człowiek.

Wiedział też, że najlepszą drogą do śmierci starego człowieka w nim jest poddawanie się nie temu umartwieniu, które sam sobie zadaje - choć i tego nie wykluczał - bo to może być poddane odruchom ducha ludzkiego, własnym pomysłom i ciągłym poszukiwaniom siebie, ale zgoda na umieranie doznawane, które przychodzi od Boga - przez doświadczenie prawdy o sobie, przez ludzi, przez sytuacje. Zwyciężanie ducha ludzkiego - jak pisał - dokonuje się przez noszenie krzyża z Chrystusem. I właśnie ten proces własnego umierania i wzrastania w Chrystusie ks. Blachnicki uważał za jedynie skuteczną metodę budowania królestwa Bożego - powiedzielibyśmy: za jedynie skuteczną diakonię - i skuteczność tę uzasadni później swoim nauczaniem o prawie życiodajnej śmierci.

Świadome wchodzenie w sytuacje umierania

Jak konkretnie dokonywało się to umieranie starego człowieka przez krzyż w życiu Sługi Bożego?

    • Przez znoszenie swojej nędzy - jako skutków swoich grzechów

Ks. Blachnicki pisał: Pan Bóg mi jej [nędzy] nie odejmie, nie uczyni mnie "świętym" po to, żeby pycha mogła tajemnie tym się cieszyć. Muszę pogodzić się z tym, że będę innych raził moimi niedoskonałościami, że będę odbierał niechęć i wzgardę, że będę w obcowaniu z ludźmi takim, jakim jestem (jakim uczyniła mnie moja przeszłość), a nie takim, jakim chciałbym być (jaka to przyjemność - być dobrym). Właśnie na tym polega krzyż. To cudowna droga Boża do zupełnego zwyciężania pychy i miłości własnej. Chrystus znosi ten krzyż we mnie i za mnie, odkąd jest we mnie przez łaskę. Odtąd mam się przyłączyć do Niego, znosić go świadomie z Nim.

2. Przez stopniowe i systematyczne uśmiercanie w sobie starego człowieka poprzez różne umartwienia i wyrzekanie się pociechy

Podejmowane jednak właśnie nie jako dążenie do własnej doskonałości, ale w łączności z Chrystusem i przeżywane jako odtwarzanie Jego śmierci i zmartwychwstania w mej duszy, jako uczestnictwo w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.

3. Przez noszenie krzyża, jaki gotują nam bliźni

Taki krzyż zgotuje mi życie apostolskie. Zetknę się w nim z ludzką złością, przewrotnością, nienawiścią, niewdzięcznością. Wtedy będę powołany do dopełnienia tego, co "nie dostaje cierpieniom Chrystusowym" (por. Kol 1, 24).

Wtedy muszę tak jak Chrystus odpowiadać miłością i zwyciężać jak Chrystus "misterium iniquitatis" - tajemnicą miłości Chrystusowej. To jest jedyny skuteczny środek nawracania dusz. A to dzięki temu, że wtedy znowu jestem tylko narzędziem Chrystusa, uczestniczę w Jego krzyżu - Chrystus posługuje się mną jako narzędziem dla dokonania dzieła zbawienia.Tutaj warto zwrócić uwagę, na pewne kryteria prawdziwości podejmowanego krzyża, o których pisał ks. Blachnicki:Trzeba jeszcze pamiętać, że samo noszenie krzyża, cierpienie nie zawsze jest czyste, i tam może się wkraść miłość własna. Stanie się to wtedy, gdy przyczyną naszego cierpienia będzie nie zło istniejące w bliźnim i zagrażające mu, ale zraniona miłość własna, własne niepowodzenie, nieudanie się naszych planów.

Zawsze, gdy w duszy zjawia się pewne rozgoryczenie, gorszenie się z powodu bliźnich, będzie to dowodem zranionej miłości własnej.

Drugim niebezpieczeństwem - wypaczeniem krzyża miłości - jest pewne gniewanie się, pewna jakby pretensja do bliźniego, że nie jest doskonalszy niż jest. Często zdarza się przy tym, że gniewamy się na bliźniego z powodu nieposiadania jakiejś cnoty, której sami nie posiadamy. Tylko Bóg, który wie, jakie komu dał łaski, może mieć pretensje do kogoś o to, że nie jest doskonalszy niż jest.I rzeczywiście ten trzeci sposób krzyża był bliski ks. Blachnickiemu przez całe jego życie i nie sposób tutaj wymieć nawet tylko tych sytuacji, które opisywał w swoim Pamiętniku. Wiele z nich jest nam znanych z różnych świadectw - słyszanych czy przeczytanych, są wśród nas osoby, które uczestniczyły w takich wydarzeniach i mogłyby wiele nam powiedzieć.

Chciałabym jednak przywołać tutaj jedno takie wydarzenie, które - jeśli można posłużyć się takim stwierdzeniem - stanowi jakby paradygmat przeżywania przez Ojca innych sytuacji łączących się z doświadczeniem krzyża i umierania. Dotyczy ono likwidacji Centrali Krucjaty Wstrzemięźliwości w roku 1960 i związanych z tym wydarzeń.

O walce, jaką ks. Blachnicki prowadził z władzami komunistycznymi, napisał: Sprawa prześladowania Krucjaty przez wrogów zewnętrznych nie stwarza specjalnych problemów wewnętrznych. Prześladowanie zawsze umacnia wewnętrznie, potęguje wiarę w zwycięstwo.

Czymś o wiele trudniejszym natomiast było dla niego doświadczenie związane z postawą władz kościelnych, które nie podjęły w tamtym czasie odpowiedzialności za dzieło Krucjaty i nie stanęły za nią w trudnej zewnętrznie sytuacji. Mimo bólu, jaki łączył się z tą sytuacją, ks. Blachnicki napisał:Niepokalana udzieliła łaski potrzebnej do przyjęcia tego wszystkiego jako zbawiennego oczyszczenia. Pogodzenie się wewnętrzne z "uśmierceniem" dzieła Krucjaty przez własnego Biskupa wynika ze zrozumienia zdania: "Jeżeli ziarno padłszy w ziemię nie obumrze - samo zostanie, jeżeli umrze - obfity owoc przyniesie".

Rozumiem potrzebę oczyszczenia i pragnę oczyszczenia! Niepokalana dała mi łaskę zrozumienia, że prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się od zrozumienia tajemnicy Krzyża!

We wszystkich przeżyciach ostatniego okresu dostrzegam następujący głębszy, nadprzyrodzony sens:

  1. Muszę przeżyć wewnętrznie śmierć całego dzieła Krucjaty. Dzieła, które było dla mnie wszystkim, w którym widziałem cel życia, któremu chciałem poświęcić wszystko! Muszę się wewnętrznie pogodzić z tym, że ono będzie mi odjęte całkowicie, muszę powiedzieć szczerze wewnętrznie "fiat" wobec Niepokalanej nawet wtedy, gdyby tego zażądała! (...).
  2. Muszę nauczyć się prawdziwego posłuszeństwa nadprzyrodzonego, które domaga się ofiary od wszelkiego osobistego przywiązania. Muszę uczestniczyć w tym, co przeżywał Chrystus w Ogrójcu, kiedy się modlił: "Ojcze, jeżeli to możliwe - niech odejdzie ode mnie ten kielich, ale nie jako Ja chcę"...
  3. Muszę przeżyć tajemnicę umierania na Krzyżu, zrozumieć, że istotne rzeczy w Królestwie Bożym dokonują się nie w efektach zewnętrznej działalności, ale w ofierze, w umieraniu! W wewnętrznym wartościowaniu to musi znaleźć się na pierwszym miejscu! Ojciec Maksymilian Kolbe także przeżywał największą chwilę swego życia w bunkrze oświęcimskim - a nie wtedy, gdy Niepokalanów znajdował się w szczytowej fazie swego rozwoju!

Zapiski Ojca i świadectwa znających go bliżej osób ukazują, że właśnie w tej perspektywie, o jakiej pisał w 1961 roku, starał się przeżywać sytuacje, które mogły prowadzić, a czasem rzeczywiście prowadziły do unicestwienia dzieł, jakie podejmował.

Tak było np. w sytuacjach nieporozumień z najbliższymi osobami, z którymi "współtworzył" Ruch Światło-Życie i które podejmowały w tym ruchu stałą diakonię. Sytuacje te przeżywał dramatycznie, jako swoją śmierć, ale przyjmował je w duchu uległości wobec Boga, gotowy na rezygnację ze wszystkiego, co jest tylko jego wolą, a nie Pana Boga: Panie, bądź wola Twoja! Weźmij wszystko, przekreśl wszystko, nie pozostawiaj mi nic, absolutnie nic, do czego mógłbym być jeszcze przywiązany w najskrytszej podświadomości.

W podobnym nastawieniu przeżywał najdramatyczniejszy dla niego etap życia, jakim był pobyt w Carlsbergu. Trudna sytuacja materialna Marianum, stosunek niemieckich władz cywilnych i kościelnych do tego ośrodka, a także niejednokrotnie poczucie braku zrozumienia dla jego idei ze strony najbliższych współpracowników, w końcu fizyczna choroba samego Ojca - były przyczyną wielu jego dotkliwych cierpień. Nazywał je nocami umierania i przyjmował - choć w wielkim zmaganiu - jako oczyszczenie jego miłości i jako odpowiedź na jego wołanie o miłość bezinteresowną, wolną od poszukiwania siebie.

14. sierpnia 1985, w dzień św. Maksymiliana napisał:Dziś przed 44 laty o. Maksymilian Kolbe oddał życie za braci w bunkrze głodowym w Oświęcimiu. Dziś przed 43 laty w więzieniu w Katowicach zdjęto mi kajdany i ogłoszono mi ułaskawienie z kary śmierci.

W tym dniu darowano mi 43 lata życia.

Dziś stoję znów w obliczu wyroku śmierci. Chwilami wydaje mi się to tak straszne, że... przeklinam tę chwilę przed 43 laty kiedy mi darowano życie. Dlaczego nie umarłem wtedy? Po co dziś te męczarnie strasznego umierania?

Ale dziś otrzymałem łaskę - mojej godziny MORIA!

Jak Abraham szedłem ku górze Moria - aby tam ofiarować Bogu "mojego syna" - to wszystko, co było dotąd treścią mojego usiłowania i z czym wiązałem nadzieję "trwania w potomności" i wypełnienia obietnic!

A więc:

Wspólnotę Chrystusa Sługi

Maximilianum

Międzynarodowe Centrum Ewangelizacji Światło-Życie

Szkołę animatorów.

Słowem, to wszystko co związało się w ostatnich trzech latach z Carlsbergiem i Marianum. Co było treścią tylu zmagań i walk. Co miało być ukoronowaniem dzieła mojego życia.

Bóg przygotował mi inne "ukoronowanie" - zażądał ofiary - jak od Abrahama - ze swego jedynego "syna obietnicy".

W drodze na górę Moria musiałem jeszcze przeżyć oczyszczenie mojej intencji. Oczyszczenie z pretensji, z pragnienia uczynienia kogoś winnym - a z siebie pokrzywdzonego męczennika.

Potem na Górze Moria upadłem na kolana i złożyłem ofiarę - wołając: Amen, Amen, Amen!

Złączyłem się z Ofiarą Krzyża i Maryi - ofiarującej zdjęte z Krzyża Ciało Jej Syna - w którym położyła całą swoją nadzieję!

I jeszcze śpiewałem "Godzien jesteś", aby wyrazić, iż ofiara nie ma być żadną ofiarą "za coś", "aby..." ale wyłącznie dla chwały Boga i Baranka, ponieważ "Godzien jesteś!"

Oddałem Panu wszystko - jak Ojciec Maksymilian w celi śmierci głodowej. AMEN!Przeczuwał, że nie potrafi zrealizować wizji Carlsbergu tak, jak ją widział. Że nie wjedzie do Ziemi Obiecanej i że umrze na swoje Górze Nebo. Pragnął jednak jak św. Maksymilian "położyć kości" pod to dzieło - u jego fundamentów. Zdawał sobie sprawę, że Największym dziełem, którego Bóg na pewno chce, jest jego śmierć - jako oddanie życia! Ale i w tym dziele musiał być do końca oczyszczony - zrozumiał, że śmierć nie może być ofiarą za coś, aby coś z niej wynikało, jakiś owoc! Śmierć musi być tylko śmiercią, bez nadziei. Wtedy też tylko będzie ona bezinteresowna (...) Tylko śmierć może być wyzwoleniem?! To jest straszne - ale to jest naprawdę oddanie siebie: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił..."

Mówił też, że Zmartwychwstanie w chwili śmierci nie jest żadną pociechą. Śmierć jest śmiercią i koniec (...) I wtedy dopiero możliwe jest zmartwychwstanie.

Zdawał sobie sprawę, że przez te sytuacje umierania Bóg przygotowuje go do oddania się Jemu przez fizyczną śmierć. O tym wszystkim, co go do tej śmierci przygotowywało, pisał z wdzięcznością w swoim Testamencie.Dar czwarty - to dar uczynienia siebie darem całkowitym. Ten dar stał się moim udziałem na przestrzeni ostatnich lat, tu w Carlsbergu. Jest to owoc (trwającej jeszcze) ciemnej nocy zmysłów i ducha. Tyle ich już było - tych nocy. Te Drogi Krzyżowe w okolicznych lasach. Wędrówki do Źródła Mare, na Górę Moria, na Górę Nebo. Przeżywanie Konania Ogrójca i Konania Golgoty. "Mistyczne ukrzyżowanie" w Bad Margentheim. Dokonało się w tym (i dokonuje) "przedzieranie się świadomości i woli ku temu, co ostateczne, nieuniknione, pewne: ku własnej śmierci! Egzystencjalne "Amen" na własną śmierć - w przekonaniu i wierze, że śmierć to największe i właściwie jedyne "dzieło", jakiego mogę "dokonać" w moim życiu! Bo tylko śmierć nie może być skażona aktem "posiadania" siebie. (...) Stany te są nie do zniesienia - a jednak są to godziny, dary najcenniejsze. Tutaj Pan, który "wydał siebie" za mnie, uczy mnie oddawać Jemu siebie.

14 kwietnia 1986 r. zanotował łaskę otrzymaną w ostatnią przeżywaną przez siebie na ziemi Niedzielę Wielkanocną: zaakceptowanie (nowe) własnego wydania na śmierć i wszystkich wiodących do niego etapów. Wydanie jako zanurzenie się w już dla mnie przygotowanej przez Boga rzeczywistości śmierci! Chrzest zanurzający w śmierć!

Śmierć - przyjęta w postawie współ-ofiarowaniamiała stać się dopełnieniem tej rzeczywistości, która była w ks. F. Blachnickim zapoczątkowana przez chrzest, i ostatecznie stać się jego Paschą - przejściem przez śmierć do zmartwychwstania i nowego życia z Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym Panem.

Wprowadzanie innych w Misterium Paschalne

Paschalny wymiar diakonii Założyciela Ruchu Światło-Życie wyraża się również w tym, że przekazał nam - właśnie w charyzmacie Ruchu - to swoje doświadczenie życia chrześcijańskiego - pogłębione m.in. przez studia teologiczne, przez studium dokumentów soborowych, przez przełożenie założeń dokumentu Obrzędów Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych na program formacyjny - który wprowadza nas w rozumienie istoty chrztu i w proces umierania z Chrystusem, aby z Nim zmartwychwstać i byśmy dzięki temu mogli w wolności czynić dar z siebie, podejmując diakonię we wspólnocie Kościoła.

Istotą tej diakonii - niezależnie od tego, jakie działania podejmujemy - jest doprowadzanie człowieka do stanięcia w obliczu prawdy o nim samym, o jego powołaniu do miłości, o jego grzechu, o odkupieniu przez Krzyż i o uzdolnieniu go do miłości przez przechodzenie przez śmierć do życia - to bowiem jest istotą życia chrześcijańskiego. Jak pisze ks. Blachnicki: Sens naszego istnienia, prawo dotyczące naszego przeznaczenia wyraża się w określeniu: Tajemnica Paschalna.

Mówi on też, że Podstawową służbą, która musi być zrealizowana w głębi człowiek, w głębi osoby, jest służba wobec prawdy, uznanie prawdy i poddanie jej swojej egzystencji. Pewnym narzędziem dla spełniania tej służby jest właśnie pozostawiona nam droga formacji nowego człowieka i nowej wspólnoty, na której możemy poddawać się kształtowaniu w nas miłości agape - która nie jest uczuciem, sentymentem, ale która jest konkretną służbą, diakonią na rzecz jedności za cenę krzyża, za cenę ofiary, za cenę przekreślenia siebie.

Dzięki tej formacji możemy włączać się w proces ciągłego odnawiania się Kościoła, który żyje Tajemnicą Paschalną. Słowa homilii Ojca Franciszka z Niedzieli Wielkanocnej 1985 r. mogą nam pomóc zrozumieć, że jesteśmy na "dobrej drodze" - dzięki jego diakonii:...chrześcijanie zapomnieli o tym, co jest istotą ich wiary, istotą Ewangelii, radosnej nowiny. Zapomnieli o Tajemnicy Paschalnej Chrystusa. (...) prawdziwa, czysta radość (...) jest owocem tej głębi przeżyć związanych z odkryciem tajemnicy krzyża Chrystusowego.

Żyjemy w czasie odnowy Kościoła. Tyle się mówi po Soborze Watykańskim II o odnowie. Był taki okres, pierwsze kilkanaście lat po Soborze, kiedy skwapliwie wszyscy zabierali się do tej odnowy. To znaczy, do usunięcia z życia chrześcijańskiego, z życia Kościoła tego wszystkiego, co łączy się z pojęciem krzyża, posłuszeństwa, umartwienia, wyrzeczenia się siebie. I zaczęto mówić - to było przez jakiś okres bardzo popularne - że musimy zmienić model życia chrześcijańskiego. Życie chrześcijańskie to jest życie spod znaku Wielkanocy, Paschy, a więc radości. A krzyż to jest właściwie element trochę nie bardzo pasujący do mentalności ludzi współczesnych, i próbowano takie chrześcijaństwo sobie wymyślić i praktykować. (...)

Natomiast prawdziwa odnowa Kościoła, taka jaką ukazuje nam przede wszystkim soborowa Konstytucja o świętej liturgii, która wyprzedziła Konstytucję dogmatyczną o Kościele, ta właśnie odnowa polega przede wszystkim na odkryciu Tajemnicy Paschalnej Chrystusa i wprowadzeniu tej Tajemnicy znowu w centrum życia chrześcijańskiego, w centrum życia wspólnot chrześcijańskich. (...)

Jeżeli nie przeżyjemy z Chrystusem drogi Jego męki, jeżeli nie pójdziemy z Nim na górę Oliwną, nie pójdziemy z Nim drogą krzyżową, nie staniemy u stóp krzyża na Golgocie, i nie będziemy czuwali w zadumie nad Jego grobem modląc się i uznając swoje winy i grzechy, które były przyczyną męki, to wtedy nie przeżyjemy radości odpuszczenia grzechów i duchowego zmartwychwstania, i zwyciężenia w mocy Tajemnicy Paschalnej Chrystusa wszystkich gnębiących nas problemów tego życia, bo jesteśmy przytłoczeni ostatecznie beznadziejnością tego życia, które nie ma perspektywy na zmartwychwstanie. Jesteśmy przytłoczeni tym, że nie potrafimy rozwiązać problemu cierpienia. (...)Można tutaj dopowiedzieć, że jeśli tak jest - to nie potrafimy też pełnić właściwej diakonii - a jedynie spełniać mniej czy bardziej pobożne i dobre dzieła, które jednak nie będą wskazywały na to, co jest istotą życia, nie będą rodziły życia.Dlatego też świat nie zna prawdziwej radości. Można by powiedzieć, że miarą, czy znakiem prawdziwej odnowy Kościoła jest właśnie przeżywanie Tajemnicy Paschy przez chrześcijan. A przeżywanie Tajemnicy Paschy to jest właśnie pełne przeżycie Triduum Paschalnego, które potem rzutuje na całą koncepcję życia chrześcijańskiego, na całą koncepcję życia chrześcijan. Tu jest samo serce życia chrześcijańskiego. I w tym wielkim sakramencie paschalnym, w tym sakramencie Triduum Paschalnego, przeżywamy jak gdyby w koncentracji, w jakiejś soczewce całą głębię, całą istotę naszej wiary chrześcijańskiej. Jeżeli przeżyliśmy z Chrystusem drogę krzyża, wtedy możemy zrozumieć także tę radość, która nie da się z niczym porównać.

Ks. Blachnicki wiele napisał, wiele mówił - w referatach, konferencjach, homiliach - żeby dzielić się z innymi tym przekonaniem, że Tajemnica Paschalna określa istotny program i treść naszego życia chrześcijańskiego. Wzywał, by ciągle dokonywać tego przejścia ze śmierci do życia, (...) ciągle realizować tę postawę ofiary i dawania siebie, poświęcania siebie. W miarę jak będziemy te postawę realizowali, będzie w nas wzrastało nowe, Boże życie. A kiedy w końcu oddamy Bogu swoje życie z miłości w godzinę śmierci, wtedy otrzymamy pełnię nowego życia, z naszej śmierci wyniknie zmartwychwstanie. Ciągle przypominał, że Chrystus staje przed nami jako Zmartwychwstały w tym nowym życiu i wskazuje nam drogę, abyśmy tą samą drogą poszli za Nim przez śmierć do życia.

Właśnie dla odnowienia Tajemnicy Paschalnej w Kościele - dokonującej się m.in. przez Ruch Światło-Życie - sługa Boży ks. Blachnicki oddał świadomie swoje życie i dar tego życia w jego śmierci, ze wszystkimi cierpieniami, które do niej prowadzą i z nią się łączą,przekazał nam w Testamencie jako spadek, spuściznę. Napisał też w swoim Testamencie:Chcę - z pomocą łaski Pana, w mocy Jego Ducha, w zjednoczeniu z Maryją pod krzyżem - ofiarować to życie za dzieło Ruchu Światło-Życie ze Wspólnotą Niepokalanej Matki Kościoła, za mającą powstać Wspólnotę Kapłanów Chrystusa Sługi i za to dzieło w Carlsbergu, aby mogło jako sanktuarium Niepokalanej, Jutrzenki Wolności, Źródła Światła i Życia - być tronem Jej łaski i sercem Ruchu.

Oddał życie ze świadomością, że śmierć przyjęta w miłości jest życiodajna - rodzi nowe życie - ludzi zjednoczonych z Chrystusem w Jego oddaniu się w Duchu Świętym Bogu Ojcu. I to uważał za największą diakonię.



   Irena Chłopkowska




                                                    Strona startowa


 

 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=